Neapol – miasto wielu opowieści i niekończących się inspiracji

Emocjonalny rollercoaster, zmysłowa sinusoida, miłość i niechęć – w takich słowach mogłabym opisać to, jak zapisał się we mnie Neapol.
Czy poleciłabym podróż do Neapolu? To zależy. Zdecydowanie nie jest to miejsce dla każdego. Wymaga przygotowania, ciekawości i cierpliwości. Nie jest oczywiste, opowiedziane wprost. Musisz nauczyć się je czytać. Jeśli ocenisz książkę po okładce, zobaczysz wyłącznie odrapane, nieodrestaurowane mury, śmieci walające się po ulicach i skutery niespodziewanie wyjeżdżające zza pleców z taką prędkością, że niejednokrotnie życie przebiega Ci przed oczami.
Ale jeśli nie ulegniesz temu pierwszemu wrażeniu, zajrzysz w głąb, przeczytasz coś więcej niż tylko wstęp, możesz liczyć na fascynującą podróż, która zadziwi i zaskoczy Cię tyle razy, że uzależnisz się od tego uczucia.
Czy kierowałabym się influencerskimi poradami, że najciekawszą rzeczą w Neapolu jest prom na Capri? Nie! Ale weź pod uwagę, że lubię się włóczyć, dociekać, zaglądać w miejsca, których nie znajdziesz w przewodnikach. Jeśli masz podobny sposób podróżowania, na pewno się nie zawiedziesz. Neapol da Ci prawdziwą, podróżniczą ucztę daleką od turystycznych przewodnikowych polecajek.
To doskonałe miejsce dla twórców, ludzi, których praca polega na wymyślaniu nowych rzeczy. Bo Neapol jest miejscem tak nieoczywistym, w którym przenika się wiele, kulturowo i estetycznie wykluczających się warstw, że dostarczy Ci inspiracji i odwagi do twórczych poszukiwań na co najmniej dekadę.
Tutaj sacrum miesza się z profanum, historyczny i artystyczny majestat z zaskakującą tymczasowością, a otwartość ludzi z pewną niewyjaśnioną hermetycznością. Neapolitańczycy z jednej strony częstują Cię limoncello, a z drugiej zdają się krzyczeć: To miasto jest nasze, będziemy tu żyli po swojemu i nic Ci do tego. Zwłaszcza że na murach pełno jest napisów “Turisti vandali” czy “Tourists go home”.
Energia Neapolu jest niepokojąca, nierówna, nieoczywista. Pełno tu odniesień do duchowości, metafizyki, symboli, amuletów, które z jednej strony mogą być przytłaczające, ale mają w sobie coś pociągającego, nieodgadniony magnetyzm.
W Neapolu ogniwo przeszłości splata się z teraźniejszością, a codzienne życie miesza się z legendami. Tu każda ulica, plac czy zaułek mają coś do opowiedzenia.
Gdy spacerujesz po wąskich, krętych uliczkach i zatapiasz się w płynący tłum, poddajesz się niezwykłej, tętniącej z dużą intensywnością energii miasta. Odgłosy, zapachy, obrazy atakują Cię ze wszech stron. Cytując tytuł tegorocznego Oscarowego filmu: „Wszystko. wszędzie, naraz”. Taki jest właśnie Neapol. Jest jak lawa bulgocząca w Wezuwiuszu, szykująca się do eksplozji i zabrania wszystkiego, co napotka po drodze.
Ale! Wystarczy, że zrobisz mały krok w tył, wycofasz się, staniesz z boku i zaczniesz obserwować. Zastosujesz technikę stop klatki. Zacznie się dziać magia. Odkryjesz bogaty świat niezliczonych historii, splatających się ze sobą. Zobaczysz tych wszystkich, nieco zdezorientowanych ludzi, pytających się w głębi ducha “O co, do cholery chodzi w tym mieście? Czy to już wszystko? Czy zobaczę coś więcej niż stare, nieodrestaurowane kościoły i odrapane fasady? Czy to już czas, by coś zjeść i wsiąść na prom na Capri? Albo ruszyć na Pompeje?”
Zobaczysz też zrelaksowanych, zadowolonych z życia mieszkańców, uprawiających dolce far niente. Ludzi w zachwycie mlaskających i mruczących pod nosem, jakie to objawienie kulinarne. Bo tu nawet pizza smakuje inaczej. Lepiej. Intensywniej.
Neapol to miasto silnie zdefiniowane. Nic tu nie jest miałkie, obojętne, letnie. Może to kwestia głęboko zakorzenionej historii, która sięga czasów starożytnych? To właśnie Neapol przez wieki był jednym z ważniejszych ośrodków kulturalnych i artystycznych. Jego bogate dziedzictwo, pełne wpływów greckich, rzymskich i arabskich, tworzy wyjątkową mozaikę kulturową. Widać to na każdym rogu.
Powiedziałabym nawet, że to miejsce tak silnie zanurzone w historii, że trudno mu się od niej oderwać i pójść naprzód. Kurczowo związało się z momentami swojej świetności, zwłaszcza tej piłkarskiej.
Neapolitańczycy czczą Maradonę z boskim pietyzmem. Jego podobizny są dosłownie wszędzie. Praktycznie trudno znaleźć miejsce, z którego nie przyglądałby Ci się półbóg Diego. Plakaty, murale, zdjęcia – Neapol jest wręcz obwieszony Maradoną. Przy Piazzetta Nilo znajduje się bar stworzony dla wyznawców (to słowo zdecydowanie bardziej pasuje do Neapolu aniżeli “fan”) piłki nożnej, a zwłaszcza Diego Maradony. Kiedyś na ścianie wystawiono tu “ołtarzyk” z włosem piłkarza jako relikwią.
Tak, Neapol zdecydowanie żyje piłką nożną. Miasto oplatają błękitno-białe wstęgi z barwami Napoli. Są wspomnieniem szaleństwa i fiesty po zdobyciu “scudetto”, czyli małej tarczy piłkarskiego mistrza Włoch. Piłkarska radość i duma dosłownie wylewają się na ulice. Drużynę do zwycięstwa nawołują także księża podczas nabożeństw, a zakonnice w klasztorach wywieszają flagi z barwami klubowymi. Odważę się stwierdzić, że piłka nożna jest tu jak osobna religia.
Serce miasta stanowią wąskie, ciemne i ciągnące się w nieskończoność uliczki. Spaccanapoli to najstarsza arteria dosłownie przecinająca miasto na pół (w rzeczywistości to nie jedna, a siedem uliczek, jednak zwyczajowo mówi się o Spaccanapoli – trasie rozłupującej miasto na pół). To właśnie tutaj można poczuć prawdziwego ducha Neapolu, doświadczyć autentycznego włoskiego stylu życia.
Zwłaszcza, że neapolitańczycy otwierają swoje mieszkania na oścież, wynoszą na zewnątrz meble – krzesła, stoliki i przesiadują na ulicy. Rozmawiają, popijają espresso albo limoncello, rżną w karciochy albo prowadzą dyskusje tak żywe, że zastanawiasz się, czy to jeszcze ciągle przyjacielska wymiana zdań.
W Spaccanapoli zlokalizowane są tradycyjne pizzerie, rodzinne sklepiki i małe warsztaty rzemieślnicze, które oferują unikalne produkty. Do tego tradycyjne balkony, z których nierzadko okoliczni artyści wyśpiewują arie rodem z neapolitańskiej opery buffa. Do tego wszystkiego dołóżmy kolorowe pranie wiszące między budynkami. Te obrazy dają soczysty obraz mieszania się warstw – niskich i wysokich.
Jeśli Spaccanapoli nie otępi Twoich nasycających się do pełna zmysłów, kolejną uliczką wartą zobaczenia jest Via San Gregorio Armeno. To tzw. ulica presepe, czyli centrum miejscowych artystów i rzemieślników, w którym można poczuć atmosferę bożonarodzeniowych przygotowań przez cały rok. Sprzedają tu własnoręcznie wytworzone figurki świąteczne, przedstawiające różne postaci. Znajdziecie tu postacie biblijne, aktorów, celebrytów, wiedźmy, krasnale, itd. Oczywiście, chce się znowu powiedzieć – wszystkich, wszędzie, naraz.
Ulice miasta są pełne murali i sztuki ulicznej, tworząc unikalny klimat kreatywności i artystycznego sznytu, którego nie zaznałam w żadnym innym miejscu. Tutejsze antykwariaty są pełne takich skarbów dostępnych za bezcen, że przecierałam oczy ze zdumienia. Znalazłam tu doskonale zachowany winyl ze ścieżką zdjęciową z rock opery “Jesus Christ Superstar”. Kupiłam też płyty z włoskimi przyśpiewkami, ale też te z muzyką poważną. Mnóstwo zdjęć i starych gazet do ramek. Właściwie to nie wiedziałam, gdzie mam patrzeć w danym momencie. Wzięłabym ze sobą połowę ich asortymentu, zwłaszcza cudowne albumy ze zdjęciami, np. z Capri albo z Pompejów. Ale mój nadbagaż i tak osiągnął skandaliczny poziom niedorzeczności. Miałam wprawdzie pomysł, żeby taki album wziąć pod pachę na pokład jako lekturę, ale mój mąż skutecznie wybił mi go z głowy. Na pokład wzięliśmy już winyle, w końcu każdy podróżuje z własnym adapterem 😉
Tak, Neapol to zdecydowanie miasto magnetyczne. Zadając pytanie ze wstępu: Czy jest dla każdego? Nie. Ale odnajdzie się w nim osoba, która szuka doznań, inspiracji, nieoczywistych rozwiązań. Która doceni niepowtarzalny sposób opowiadania rzeczywistości. Historię i radość życia wylewającą się z fasad odrapanych budynków. Ale to też miejsce bezkompromisowe, któremu należą się pełna uważność i skupienie. Przez zalew wszystkiego, potrzeba się trochę postarać, żeby zedrzeć tę zewnętrzną warstwę i dojść do fascynującej podszewki. Ale wtedy porywa Cię na całego.





